Problemy to nie problem

„Kartezjusz pierdolił. Teraz, gdzie oko poślesz: mam problem, więc jestem” – Nosowska.

Bo za zimno i pada. Bo za gorąco i niedobrze. Bo miałeś być godzinę temu, kolacja ostygła, a ja jestem zła. Bo kiedyś to było inaczej, lepiej jakoś, słońce świeciło mocniej, deszcz padał mniej, zima była mroźniejsza, a flamingi bardziej różowe. Teraz to chemia w jedzeniu, a w kosmetykach plastik. Bo ja bym mógł zdobyć świat i być królem, ale jednak to zbyt wiele, za dużo bym się musiał schylać. A w zasadzie to pies byłby super, no ale te spacery i karma, i jeszcze wychować trzeba. No a dzieci za bardzo krzyczą, seks trwa za krótko, a ty grasz w grę zamiast ze mną rozmawiać. Idę do pracy, będę zmęczony i zły, szef się czepia, ja muszę odreagować, tak mi źle i smutno, i trudno, i za mało płacą. 

Jest łysa, siedzi przy moim stole. Ma na sobie stare spodnie od dresu, skarpetki w brokuły i duży sweter po dziadku. Uśmiecha się promiennie. Pamiętam ją sprzed paru lat, gdy nosiła krótkie sukienki, zawsze miała ładnie zrobiony makijaż, pomalowane paznokcie, kolorową biżuterię i bujne włosy. Nie miałyśmy specjalnie kontaktu, ale gdy mijałyśmy się na korytarzu, czuć było dobrą chemię. A dziś siedzi przy moim stole, uśmiecha się, naturalna, niepomalowana, bez włosów. „Odkąd przestałam się skupiać na problemach i przestałam je sobie tworzyć, moje życie wygląda zupełnie inaczej”. Tak, ma rację. Bo ja od paru dni myślę o problemach i o tym, jakie to chujowe – ta sprawa z problemami. 

Niedawno napisałam na kochaj tak: „Problemy to najczęściej wytwór naszego umysłu. To projekcja lęku, niepewności albo niechęci. To też dobry sposób na zajęcie czas, gdy nudno i dobry pretekst do rozmowy, gdy nie wiadomo o czym mówić. Marudzenie i narzekanie to powszechność. Jedna z tych, którą, gdybym mogła, zlikwidowałabym razem z głodem na świecie. Po co się nad sobą użalać? Mam dziś chujowy dzień. I jestem, żyję, ogarniam, działam dalej. Nie osiągnę nic, opowiadając o swoich problemach. Więc działam w codzienności, a jednocześnie myślę, co mogę zrobić, by problem ogarnąć. Nie marnuję czas na gadanie, marudzenie, narzekactwo”.

Tak. Gdy idę do pracy, to nie marudzę, że muszę wcześniej wstać, że czegoś w niej nie lubię lub że ktoś mnie nie lubi. Nie narzekam, że dwie godziny w pracy to półtorej godziny dojazdu. Tak się ułożyło, tak jest. I już. 

Gdy mam dużo rzeczy do ogarnięcia, to je robię i nie gadam; a ja robię wszystko – zawsze – co do jednego rzekniętego słowa. Gdy boli mnie głowa i mam tłuste włosy, to nie dzielę się tym ze światem, tylko łykam tabletkę i sięgam po szampon. 

Przykłady można by mnożyć. 

Nigdy nie wiem, skąd się bierze narzekanie. Ja nie marudzę. Gdy mam problem, magluję go z każdej strony, raczej nie proszę nikogo o radę i później działam zgodnie z sercem i z tym, co zapisałam w notesie. Gdybym miała skupiać się na swoich problemach, nie widziałabym poza nimi świata, nie dostrzegałabym dobrych rzeczy. Nie rozumiałabym, że z każdej sytuacji jest parę wyjść – a nie jedno, to najmniej optymistyczne. Nigdy nie wiem, czy użalanie się nad sobą to sposób na wylewanie goryczy, na ulżenie sobie czy też próba zwrócenia na siebie uwagi? Po co?

„Odwróć wektor”, to najmocniejsze słowa, które usłyszałam na terapii (ech, wspomnienie tych parę spotkań zakończonych wyjazdem terapeutki do Maroko…). Niedawno moja kochana pani Redaktor odwróciła wektor tak, że opadała mi szczęka. Dostałam komentarz, dotyczący jednego z listów na http://pisadlo.pl, o braku czasu. „Dlaczego piszesz o rzeczach, z którymi nie masz doświadczenia? Zamiast pisać o uczeniu się życia, wchodzisz na temat, wydaje się, dla Ciebie obcy”. Kurewsko zabolało, to była bardzo jednostronna i krzywdząca opinia, nie pomogło słowo „wydaje się”. Moja Redaktor skomentowała całą sprawę tak: „Coś w tym jest. Skoro temat jest dla Ciebie obcy i sama znajdujesz czas na to, co trzeba, to możesz doradzić tym, którzy sobie z tym nie radzą. O!”. Zupełnie inna perspektywa, prawda? I od razu jakoś lżej na sercu. 

Podobnie jest z problemami. Pojawia się jakaś sprawa, kłoda pod nogami, gorycz w miodzie, to biorę się do pracy i rozwiązuję całą zawiłość. Nie skupiam się na niej, nie przywiązuję do tego, że coś jest źle. Owszem, gdy cios jest duży, popłaczę cichutko ze dwa dni, a później wstanę. Jestem w tym i ogarniam. 
A gdy są dni, w których codzienność nie jest tak kolorowa jakby mogła być, to nic nie szkodzi. Takie rzeczy się zdarzają. Deszcz się zdarza, szczekanie małego psa, rozlana kawa, praca (każdy pracuje), brak pieniędzy, pryszcz na policzku. No i co? To jest, minie, było i będzie.

Problemy to tylko problemy. A im mniej o nich myślę, tym mniej ich mam i lepiej mi się żyje. Szczerze polecam. 

O tym, czego się boję

– A Ty, Krzysiu, czego się boisz? 
– Boję się tego, że jestem za mało męski. Boję się tego, że jestem za bardzo męski. Boję się tego, że jestem za mało człowiekiem. A Ty, Tomku, czego się boisz? 
– Boję się tego, że nigdy nie będę dość dobry, że nigdy nie będę zajebisty. Bo być dość dobrym to za mało, a być zajebistym jest trudno. Najgorsze jest to – i tego się boję najbardziej – że nie chodzi o to, by być dobrym dla kogoś, a być dobrym w czymś. 

Siedzę na widowni, wiercę się, bo serce za mocno bije mi w piersi. Jestem w teatrze, nie planowałam tego, to była decyzja pół chwili. „Zosik, ja idę spotkać się ze znajomą, a Ty? A ja idę do teatru”. O tak, zaskoczyłam sama siebie. A kolejnego dnia byłam na koncercie. Mam dość siedzenia w domu, postanowiłam, że wychodzę do ludzi, zapraszam sztukę do swojego życia, świata, dnia, codzienności. Tak, do codzienności. Ale ja nie o tym. 

Współczesna interpretacja „Wesela” Wyspiańskiego, Polski Teatr Tańca, w podtytule „Poprawiny”. Działo się. Parę scen tak mocno sugestywnych, że czułam oburzenie starszej części widowni przedzierające się wprost do aktorów. Świetnie grali. Mocno, bezpardonowo i szczerze, wkładając w sztukę całych siebie. Ale ja nie o tym. 

Scena – dla mnie – najistotniejsza. Na nagraniu w tle widać starszą kobietę, która opowiada o swoim weselu i o koronkowej sukni, którą miała na sobie tego dnia. „Koronki były jak pęta, ściskały mnie mocno, nie pozwalały się ruszyć. Czułam jak z każdym zapinanym guziczkiem tracę część siebie, jak gubię wolność, samodzielność, tracę wielki świat, który miał otworzyć się na oścież, a ktoś gwałtownie zamknął mi przed nosem drzwi. Bałam się. Dziś boję się, że tamte koronki spętały moje dzieci. Teraz już nie mam na to wpływu”. 

I aktorzy zaczynają mówić. Mówią, czego się boją… Zapachu starszych ludzi, pająków, pytań o ślub, panów spod monopolowego, pobicia, dotykania poręczy w tramwajach i autobusach. 

I mówią o człowieczeństwie i o tym, że trzeba być dobrym w czymś. I to mnie uderza jak policzek, jak cios w splot słoneczny. Bo ja to wiem i tego nie chcę, ale czasem ktoś coś komuś musi podać na tacy, by to złapać. I nagle to mam. I boli. 

Boli, bo to szczera prawda. Myślisz o tym, czy jesteś wystarczająco dumny, piękna, kobieca, męski, silna, wrażliwy, ale… Gubisz się, plączesz w zeznaniach, oddalasz od meritum. Pudrujesz nos zamiast ściągnąć maskę, chodzisz na siłownię, ale nie przegadujesz najważniejszych problemów. Kopiesz leżącego, bo leży Ci na drodze, którą pędzisz. Bywasz człowiekiem, ale bywasz też wilkiem. 

Boję się, że psy mnie pociągną i potknę się, złamię nogę i nie będę mogła pracować. Boję się jadu, nienawiści i pasywnej agresji. Boję się podniesionej ręki i krzyków. Boję się, że nie wszystkich traktuję równo i ranię. Boję się krytyki i tego, że ktoś zechce mi udowodnić, że wie o mnie więcej niż ja sama. Boję się swojego spokoju, który kocham. Boję się, że nie uda mi się dotrzeć do wszystkich kobiet i pokazać im, że są piękne i wartościowe. Boję się, że konfrontacji z człowiekiem z pustymi oczami. Boję się walczyć o swoje, bo wydaje mi się, że nie mam dość dużo doświadczenia i wiedzy. Boję się, że nie przekażę swoich dobrych wartości wszystkim tym, którzy byliby otwarci i słuchaliby. Boję się stagnacji, czekania, wyrzeczeń, niespodziewanych wydatków, zamienienia w kwokę i niechcianej ciąży, chcianej też się boję. Boję się o swoich najbliższych, że gdy za mocno się pogubią, nie będę mogła im pomóc. Boję się życia 8/8/8. Boję się śmierci moich psów, czysto egoistycznie – swojej nie. 

Dobre w tym wszystkim jest to, że strach strachem, ale na większość z tego mam wpływ i wpływam, zmieniam, przepracowuję i wiem, że to zależy ode mnie i boję się trochę mniej. A może i wcale. Bo nawet jak się boję, to później już jest dobrze, to przyszło, wydarzyło się, dało co miało dać i poszło. Więc ten lęk jest, ale nie jest silny. Bo wiem, że to i tak jest po coś. Ciąży i śmierci psów boję się najbardziej, bo na to nie mam wpływu, to będzie trudno unieść i wytłumaczyć, znaleźć siłę, pogłaskać się po głowie.

Nie chcę się bać, chcę to zmieniać. Chcę mieć wpływ na swoje życie i na to, co się w nim dzieje. Mam ten wpływ, a jak nie mam – to się nie boję, bo i tak tego nie zmienię. I jest spokój. Spokój, którego kiedyś nie było, a dziś jest. Nawet w strachu.

Są momenty, które wiele zmieniają, słowa, które wybrzmiewają i nic już nie jest takie, jak było przed chwilą. Siedzę na widowni, wiercę się, bo serce za mocno bije mi w piersi. I w tej sekundzie wiem, że chcę być człowiekiem. I chcę być dobra, nie dość dobra, nie zajebista. Chcę być dobra. Dla innych i dla siebie. I jestem. 

A Wy, czego się boicie? 


Z. 

Krówko, Zoś, Słoneczko

Rozmowa z pewną długonogą brunetką o ciepłych oczach i małych dłoniach. „No bo wiesz, któregoś razu coś pierdolnie, niebo się nam zwali – dosłownie – na głowę. Połowa ludzkości zniknie, miasta się zapadną, będzie koniec świata, armagedon, zagłada. W tym wszystkim Zosia w swoim różowym płaszczyku krzyknie „ale super, jest więcej miejsca!”.

Inna rozmowa, z inną brunetką, tą o niebieskich oczach i czerwonych ustach. Słowa „Gdyby ludzie każdej nocy patrzyli w gwiazdy, założę się, że żyliby oni zupełnie inaczej…Gdy patrzysz w nieskończoność, zaczynasz zdawać sobie sprawę, że istnieją ważniejsze rzeczy niż to, co ludzie robią całymi dniami”. Dyskusja: 
– Z drugiej strony, gdy patrzysz tylko w gwiazdy, możesz zapomnieć o pięknie dnia codziennego – to brunetka. 
– Z trzeciej strony, ludzie patrzący w gwiazdy byliby bardziej wrażliwi na piękno codzienności – to ja – wiesz co, to kolejna rozmowa z tych „szklanka jest do połowy pusta – nie nie nie, ona jest do połowy pełna!”. 
– To prawda, Krówka. 

To rozmowy z dwiema przyjaciółkami, tak mnie widzą. Jednych to inspiruje, innych irytuje. To podejście, że wszystko jest po coś, nic nie dzieje się bez przyczyny, a przypadki nie istnieją. To przeświadczenie, że w ostatecznym rozrachunku i tak wszystko wyjdzie na dobre. Ta pewność, że się ułoży, że jest i będzie cudnie, że się uda, bo zawsze się udaje. Szklanka jest pełna, w oku nie ma belki, a igłę w stogu siana znajdzie się bez problemu. Ludzie są dobrzy, a jak nie są – to po to, by czegoś nauczyć.
W oczach widać lekkie szaleństwo rozemocjonowanego pacjenta ze szpitala psychiatrycznego, który na przepustce przenosi ślimaki z płyty parkingu na trawnik i przeprowadza starsze panie przez pasy.

Rozbijam samochód, przez parę dni dużo płaczę, załamuję ręce, dobrze nie jest. Tym bardziej, że auta nie opłaca się naprawiać, a ja chciałam je sprzedać w rozsądnych pieniądzach. Ale po paru dniach płacz ustaje, ja zmieniam zasmarkaną pościel, parzę sobie herbatę i dodaję do niej dwie łyżki miodu. Stwierdzam: „W zasadzie, dużo zaoszczędzę, przesiadając się na komunikację miejską. Będę miała czas na czytanie książek i swobodne myśli. Może poznam kogoś ciekawego? Ale super!”. 

Nagle i dość gwałtownie zmienia mi się sytuacja mieszkaniowa, w zasadzie z dnia na dzień (a musicie wiedzieć, że moje dni są dość mocno poukładane i zaplanowane) współlokatorzy znikają i muszę podjąć decyzję co dalej. Nie czekam dwóch minut. „Chcę kawalerkę, sama dla siebie, dla swoich pasji, suszonych kwiatów, kadzideł, głośnej muzyki i chodzenia nago po mieszkaniu”. Kalkulacja – czy mnie stać? Stać. Będzie mnie stać, jeśli nieco wolniej odłożę na campera i poczekam rok-pół roku, by ruszyć. Decyzja o odwróceniu życia o sto osiemdziesiąt stopni (kolejny raz w ostatnim tygodniu) przychodzi mi tak o. Chcę, czuję, działam. Na drugi dzień mam ogarnięte mieszkanie – a nawet dwa! i wszystko domknięte. Chyba powinnam się stresować, załamywać ręce, bać się ryzykownej decyzji finansowej, zmiany miejsca etc. A mi w to graj. „Ja cię kręcę, zmiany, zmiany, ale super! Przeprowadzka, urządzanie się, zmiana, zmiana, zostaję rok dłużej!”. Zostaję i nie przeraża mnie to.

No właśnie…coś jeszcze błyszczy, lśni i przypomina promyk słońca. Spokój. Ten, który pojawił się…niedawno, tak mi się zdaje. Spokój, bo jest pewność, że będzie dobrze. Jest dobrze. Spokój, bo umiem liczyć i liczę na siebie i nigdy nie zawodzę. Spokój, bo znam swoją siłę. I mam jej w sobie ogromnie wiele, dzięki temu nie zazdroszczę, nie porównuję się, nie poddaję w wątpliwość. To siła, która pozwala sobie na delikatność. Siła, która nie musi niczego udowadniać, spinać się, prężyć muskuły. Może stać z boku i obserwować, wiedząc, że jest dobrze. Może mówić o pięknie, miłości, cudach życia i opowiadać o nich z naiwnymi oczami małej dziewczynki, bo wie, że nikt jej nie zrobi krzywdy. Bo gdy mówisz o największych słabościach, nikt nie może obrócić ich przeciwko tobie, nie ma jak, sam podajesz je na tacy. A jeśli jednak zrani – bo po ziemi chodzą też bezduszne skurwysyny – to ma prawo. Jednak, każda krzywda jest nauką. A nauka, nawet jak boli, to jest dobra, może nie teraz, ale później kiedyś – wiele daje.

Jest sylwester, siedzę sama w pokoju, w którym spotkało mnie wiele złego i wiele dobrego. Minęły cztery lata, czas najwyższy odczarować to, co złe, pogodzić się, oczyścić atmosferę. Jakoś nigdy nie miałam do tego serca, cierpliwości, motywacji i głowy. A teraz zakładam najładniejszą sukienkę, w ciało wcieram olejek lawendowy, zaplam świece, kadzidła i białą szałwię. Głośno gra muzyka, światło migotliwie odbija się od drewnianych ścian i dużego okna. A ja tańczę, tańczę, tańczę. Dobrze myślę, jestem, znikam, wybaczam, zapominam, próbuję rozumieć, rozumiem.
Po chwili siadam po turecku, mam gołe stopy, malę na szyi, obrączkę po praprababci na palcu i kolczyki z Indii w uszach. Wycinam, maluję, przyklejam, piszę: tworzę mapę marzeń na nadchodzący rok. I piszę tam dobro, wdzięczność, założenia. 

Piszę: „Jestem Promykiem, Słońcem, Dobrem, Optymizmem, Entuzjazmem, Nadzieją, Inspiracją, Energią, Pasją, Pięknem, Uśmiechem, Autentycznością”. 
Piszę: „Śmiechu dużo i pewności. Wszystko jest po coś i nic nie dzieje się bez przyczyny. Przypadki nie istnieją. Każdy niepokój uspokoi się, niepewność zniknie – zastąpi je siła i spokój. Ogarnę każdy problem i nie dam się. Jestem dojrzała, silna, wartościowa, piękna. Mam moc”. 
Piszę: „Z nadzieją i wiarą będę patrzyła w przyszłość. A to, co złe, obróci się w proch – nauczy, umocni i zniknie”. 
Piszę: „Dużo miłości. Dla świata i od świata, dla ludzi i od ludzi. Do siebie. Miłości szczerej, czystej, dobrej, zdrowej, prawdziwej. Miłości dawanej kobietom, pełnej ciepła. Miłości w słowach i gestach”. 
Piszę – po raz kolejny – po raz pierwszy wiedząc, że w stu procentach mam to w sobie: „Po co się przejmować? Jeśli możesz coś zmienić, zmień to i się nie przejmuj. Jeśli nie możesz tego zmienić, nie przejmuj się – i tak nie masz wpływu”. 
Piszę: „Kosmos wie, co dobre i śle to, co najlepsze. Przejdę każdą kłodę i wzmocnię się. Wygram bitwy, walki, wojny. Nie uchylę głowy, zwyciężę spokojem, nie zlęknę się nienawiści i jadu, będę ponad tym”. 

I jestem. Spokojna, dobra, naiwna, na przekór wszystkim – optymistyczna. Z tym, właśnie z tym, najbardziej mi do twarzy. 

Z. 

Czary, stres i marzenia. Nie zmarnuję szansy.

Jestem ostatnio małym wielkim stresem, życie mnie testuje. A ja piszę czary – choć ktoś nazwałby je modlitwami – oklejam ściany wróżbami i zaklinam swoją rzeczywistości. Piszę „myślę źle = dzieje się źle; chcę więc myśleć dobrze i zamiast przyciągać to, co stresujące, bolące i nienawistne, nieszczęśliwe i gorzkie, wyciągnąć ręce po to, co dobre, spokojne, ciche i słodkie; pokładam ufność w życiu, pamiętam psa, który bardzo chciałby czekoladę, ale czekolada szkodzi psom, więc on jej nie dostaje; wdech wydech spokój, będzie dobrze, ułoży się; ufam, żyję, oddycham, spokój”.
I gdy palę świeczkę i białą szałwię, wiem, że złe duchy są odgonione, że to ode mnie zależy, czy będę szczęśliwa czy nie. Czy uśmiechnę się i pójdę dalej czy też dam sobie czas na łzy, ale one zawsze są jak wielka rzeka – nie mają końca – a przez to zostanę w miejscu. Świadomie decyduję się na szczęście, za dużo mam do stracenia.
A gdy serce co godzinę staje w przestrachu, tłukąc się w klatce piersiowej, biorę wdech i powtarzam „spokój, myśl dobrze”. 

Zastanawiam się jak to jest, że mając wokół siebie tyle dobra, tyle planów, marzeń, założeń, ludzi, głowa uparcie wraca do stresu, bólu i strachu – a nie do dobrych myśli? Jak to działa, czy ktoś kiedyś zrobił wykres tego rozumowania a’la bumerang?
W kryzysowych momentach kładę zmęczoną głowę na brzuchu psicy, słucham bicia serca, wsłuchuję się w rytm oddechu, palce zatapiam w gęstej sierści i czuję, że to najprawdziwsza rodzina, jaką mogłam sobie dać. Człowiekowi lepiej się żyje, gdy ma wokół siebie beztroskę i bezwarunkową miłość, i już nawet mokry zimny język w uchu nie przeszkadza ani piasek na poduszce. A tego ostatniego jest naprawdę dużo. Szczególnie, że łóżko jest pojedyncze, poduszka jedna, a istot do spania nań – trzy. 

Kiedyś, w gorszych okresach życia – które są naturalne, rozumiem to, one znikają i wracają, jak każdy cykl w przyrodzie – przed snem uciekałam w marzenia, by zająć czymś myśli. To jedna z tych technik, która zawsze bardzo ukajała stargane nerwy. Od paru dni wracam do niej i wizualizuję sobie przyszłość, tę wyśnioną, najmojszą.
I dziś – po raz sto pięćdziesiąty ósmy w życiu – dostałam jak obuchem w łeb. Czytam „Głód” Caparrosa. Czytam o źle tego świata, widzę zatrważające statystyki, poznaję skrajną biedę, ubóstwo setek milionów ludzi. Czytam i uświadamiam sobie, w jak uprzywilejowanej pozycji jestem. Jak ogromnie poszczęściło mi się w życiu. Urodziłam się w wolnym kraju, jako wolny człowiek, moje dzieciństwo było beztroskie – a na dodatek wzrastałam w poczuciu tego, że nie ma rzeczy niemożliwych, a najważniejsze to być sobą, spełniać marzenia i słuchać serca. Mam pracę, którą lubię i która przynosi mi pieniądze, a te starczają na wszystko i jeszcze mam co odłożyć. Mam co jeść i co na siebie włożyć, mam masę wsparcia w najbliższych. Mogę robić, co tylko czuję i co uznam za stosowne. Jestem w gronie wybrańców, szczęśliwców.

Grzechem (choć w grzech nie wierzę) byłoby nie skorzystać z takiej szansy i zmarnować ją na starcie. Wstydem byłoby przeżyć życie po łebkach, od zabawy do zabawy, albo – co gorsze – od niczego do niczego, w szarej rzeczywistości. Za dużo mam marzeń, by teraz bać się gorszego czasu. Jestem to – spełnianie marzeń – winna samej sobie, jestem to winna tym, którzy boją się marzyć lub w marzenia nie wierzą lub po prostu – nie marzą. 

Nie spełniać swoich marzeń to zaprzepaścić szansę, to zmarnować fakt, że urodziłam się w Pierwszym Świecie w XXI wieku, świecie pełnym możliwości. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie żyła w pełni. Gdybym żyła na pół gwizdka, przygwożdżona codziennością, zmarnowałabym życie, które dostałam. A ja nie znoszę marnotrawstwa. 

Żyję więc, spełniam, pracuję jak mały samochodzik z kiepskim silnikiem wspinający się pod stromą górę. Cegiełka po cegiełce osiągam cel, by latem podbić kosmos. Bądźcie ze mną.

Z.